Menu

Święta

Środa, XXIV Tydzień zwykły
Rok B, II
Dzień Powszedni albo wspomnienie św. Januarego, biskupa i męczennika

Statystyki

Licznik

Liczba wyświetleń strony:
11377

Powitanie z Afryką

obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, który zawiśnie w kościele tutaj na pustyni

Drogi księże Proboszczu, Drodzy Parafianie !

              Serdecznie pozdrawiam wszystkich z samego środka Afryki - z Pustyni Kaisut. Składam serdeczne podziękowania Wszystkim Parafianom, którzy pomogli i pomagają mi w jakikolwiek sposób - szczególnie modlitwą, również za wszystkie ofiary złożone podczas mojego posłania. Serdecznie dziękuje wszystkim za różańce, szczególnie więźniom, wspólnocie RUAH, Zespołowi Szkół Społecznych oraz Panu Piotrowi. Dziękuje bardzo jemu, również za obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, który zawiśnie w kościele tutaj na pustyni, piłki, namioty i medaliki. Wszystko służy lub będzie służyć tutaj wszystkim, do pracy duszpasterskiej.

pojechaliśmy do slamsow, miejsca w którym mieszkają dzieci ulicy

Właśnie minęło dwa tygodnie odkąd jestem w Kenii. Bagaż dotarł tydzień po moim przyjeździe do Nairobi, niestety bez trzech piłek, które ktoś ukradł na lotnisku. W tym czasie zdążyłem zobaczyć Bosco Boys i Boys Town - placówki w Nairobi, w których pracują Polscy Salezjanie. Prawdopodobnie w Bosco Boys bede tez prowadził „adopcje na odległość” tak jak na Pustyni Kaisut. Jest to odległość od siebie rzędu 600 km.. no cóż jakoś będziemy dojeżdżać, a tak na serio to będę jeździł z księdzem, kiedy ten będzie przywoził zakupy. Na drugi dzień pobytu w Nairobi pojechaliśmy do slamsow, miejsca w którym mieszkają dzieci ulicy. Widok straszny: dzieci w śmierdzących starych ciuchach w których chodzą przez lata.. jedna buda koło drugiej, robaki, brud, odór i wszystko co najgorsze, jakby cały świat stanął im na przeciw- ale za co? Jak wiele bym dal by tamte dzieci żyły jak nasze - Polskie. Wystarczyłoby zrównoważyć bogactwa możnych tego świata dla pomocy nie tylko dzieciom,  ale i ludzi tam żyjącym, a o ile świat byłby piękniejszy...

Te pierwsze dni pozwalają mi poznać otoczenie, dzieci, ludzi, którzy tu żyją

Trzeciego dnia wyruszyliśmy w niezapomniana drogę do mojego miejsca docelowego - czyli na Pustynie Kaisut. Wyjechaliśmy o 6 rano i... jechaliśmy tak przez Kenie, po drodze przekraczając równik ok. 16- wtedy to się zaczęło, wcześniej padał deszcz i nie dało się przejechać po pustyni... oczywiście jeep zagrzał i co? i czekanie... wkoło pusto żywej duszy.. skazani byliśmy na czekanie na pomoc.. nic innego nie mogliśmy zrobić bo było za bardzo niebezpiecznie a dzień chylił się ku zachodowi... dobrze ze mieliśmy zapasy żywności, wiec noc przeczekali byśmy w samochodzie, bo na zewnątrz hieny i wszelkiego rodzaju robactwo i gady... ale na szczęście nic takiego nie spotkaliśmy tylko wielbłądy i kozy... wysiedliśmy wszyscy i zaczęliśmy kombinować jak to wypchać jeepa - próbowaliśmy każdego pomysłu i nic - nie da rady... a zasięgu by zadzwonić po pomoc brak.. po jakimś czasie przyszli jacyś wojownicy i zaczęli pchać.. nie pomogło.. nic - wszyscy byli cali w błocie, które odskakiwało z kół jeepa próbującego wyjechać z dużej kałuży...  po chwili ks. Henryk zauważył jakiś samochód który biegł ... okazało się ze to siostry od Matki Teresy, jechały 3 samochodami z jakimiś ludźmi.. wiec już po części ktoś o nas wiedział ze tu stoimy.. Ks. Henryk zaczął ich zatrzymywać i prosić by pomogli, siostrom powiedział żeby odmawiały różaniec a chłopom żeby wszyscy zaczęli pchać.. i tak tez było .. wszyscy zaczęli pchać, kierowca dal silnik na pełny gaz i po kilkunastu minutach byliśmy już wolni... ale cali w błocie - wszyscy uratowani... co za przeżycie tkwiliśmy ze 3 godziny a zmierzch już zapadał , ks. powiedział ze nigdy po pustyni nie jechał po nocy.. ze to zdarza mu się pierwszy raz.. a zostało jeszcze ok 70 km do Korr.. jechaliśmy jakoś dziwnie i zdani na łaskę Pana Boga bo wszędzie kałuże po deszczu na głównej drodze- pojechaliśmy okrężna.. zajechaliśmy chyba na 22 ... nie wiem jak ten kierowca trafił, dla mnie to było nie do pomyślenia - ciemno wszędzie, kałuże... chwila i samochód stoi.. ale Pan Bóg czuwa...tak wiec wejście mieliśmy niesamowite... :)
              Zamieszałem w internacie dla chłopców, mam tam swój pokój, który przez pierwszy tydzień malowałem i remontowałem - na szczęście jest już gotowy. (Daleko mu do mojego pokoju w Polsce, ale przecież na misji nie chodzi o wygody :) Sprawuje kontrolę nad właściwym zachowaniem chłopców, by wszystko było jak należy, by nie rozrabiali, nie kradli itp. Chłopcy są w wieku 15-19 lat, mieszkają tu, bo mają duże odległości do szkoły. Te pierwsze dni pozwalają mi poznać otoczenie, dzieci, ludzi, którzy tu żyją, kulturę, pozwalają mi również zapoznawać się z obowiązkami, które na mnie czekają.
              I tak ostatnio obchodziliśmy Święto Wszystkich Świętych i Zaduszki... tutaj niestety nie ma tej tradycji.. jak u nas w kraju. Tu jeśli człowiek umrze - w niewielkim szpitalu, chowa się go blisko na cmentarzu, a tak naprawdę to wykopuje się niewielki dół i przykłada kamieniami... Według lokalnych wierzeń, kiedy hiena wygrzebie ciało zmarłego z tego dołu będzie on miał szczęście wieczne. Kiedy poszedłem na cmentarz zobaczyłem gdzieniegdzie puste doły a obok porwane szaty z ciała ludzkiego... bardzo bulwersujące, ale prawdziwe... Zmarły, który umrze w manyacie (tutejszej chatce w której mieszkają miejscowi)zostaje tam zakopany i również przyłożony kamieniami. Chatka po pewnym czasie zostaje przeniesiona w inne miejsce, a ciało oczywiście zostaje, tak by mogły go zjeść hieny. Jeśli hieny nie ruszają ciała dłuższy czas, miejscowi zwabiają je mięsem tak by prędzej czy później wykopały je i zjadły... Ksiądz Henryk Juszczyk u którego pracuje na misji powoli tłumaczy im sens zmartwychwstania i kultu zmarłych - że powinniśmy ich wspierać modlitwą itp.. niestety strach przed zmarłymi jest wielki.. Panuje opinia, że kto dotknie zmarłego jest nieczysty, przeklęty... Tutaj potrzeba czasu by Ci ludzie zrozumieli to wszystko, tak jak nam potrzeba było czasu na to byśmy zrozumieli czym jest zmartwychwstanie Pana Jezusa, i to nie wszyscy do tej pory zrozumieli. Wystarczy pomyśleć, że w miejscu w którym pracuje pierwszy miejscowy chrześcijanin żył 34 lata temu... samo mówi za siebie... Proszę Wszystkich o modlitwę za tych ludzi, by zrozumieli czym jest śmierć, zmartwychwstanie i życie wieczne.
O miejscu i placówce misyjnej napiszę w kolejnym mailu.

Z modlitwą

Tomasz Skiba

Zegar

Wyszukiwanie